12 kwietnia 2013

Życiorys w pigułce

Upiory jeszcze tu nie mieszkają ale zmęczenie przygięło już starca ku ziemi.
 Nie jest on może tak leciwy jak Śledziba, dom ZiŁów czy inne przysłupowe "domy z marginesu" (po prawej), czy Dalkowska Wieża. Przy nich nasz dziadek to dzieciuch, który osiadł na bagnach w 1935 roku, ręką fachowca wzniesiony w poszanowaniu tradycji, lecz z wiedzą o nowych technologiach. Za tą przyczyną dom posiada solidny betonowy fundament izolowany papą, ceglane ściany, efektowny szczyt w konstrukcji ryglowej i kołkowaną więźbę, ogromną powierzchnię dwuspadowego dachu krytego karpiówką. Część mieszkalna uzupełniona holenderką z zamkami by załatać dziurę w dachu powstałą za przyczyną bomby. Jak wieść gminna niesie, bomba wpadła i dla kawału nie wybuchła.
Wtedy jeszcze młodzian, w pełni sił, miał więcej szczęścia do pocisku niż do późniejszego właściciela przybyłego objąć go w posiadanie. Może pierwsze karty powojennej historii były i szczęśliwe?... tego nie wiemy! Ten rozdział kończy się jednak dla kawału powolną destrukcją za przyczyną zziębniętego właściciela szkodnika. Spaleniu w piecu ulegają schody, zarówno te na strych jak i te na piętro, elementy drewniane budynków gospodarczych, a także niektóre elementy konstrukcyjne więźby dachowej. Staruszek dom miał więcej miłosierdzia dla szkodnika niż szkodnik dla swojego gniazda, gdyż nie zwalił się mu na pusty łeb... chyba dla kawału?!
Po szkodniku nastał nowy Pan, który miał plany związane z jeszcze dość sprawnym staruszkiem dom czekał na modernizację i popadał stopniowo w ruinę, nawiedzany niestety nie przez duchy, a przez ratowników substancji przydatnej, którzy wykazywali większą aktywność niż nowy właściciel. Wszelkie mienie ruchome i część nieruchomego została uratowana z budynku... Dobrzy ludzie ratowali ile zdołali unieść... drzwi, okna, część futryn, okiennice, instalację elektryczną łącznie z przełącznikami i rozdzielnią (szkoda było to dekompletować więc wzięli w całości).  Pewnie dla kawału od czasu do czasu zbili jakąś szybę przypadkiem ocalałą w świetliku dachowym, czy pomogli zjechać dachówce... Dom jednak na przekór wszystkich plag stał niezłomnie dla kawału... uratowano również oryginalną instalację CO przeprowadzając ekstrakcję "podkowy" (wymiennik ciepła) z brutalnie rozbitego pieca kaflowego. Inne piece pewnie zostały sprzedane wcześniej gdyż otwory w kominach były skrupulatnie zalepione szamotem świadcząc o użytkowaniu kominów po usunięciu pieców.
Jednak nic nie trwa wiecznie. Brak gąsiorów z kalenicy które musiały odfrunąć, dla kawału, do ciepłych krajów (może wkrótce powrócą?). Amputacja pojedynczych jętek (tam gdzie podwójne powinny tworzyć jarzmo) i dujące wietrzysko doprowadziły do zawalenia części budynku. Runęła cała stodoła odcięta chirurgicznym narzędziem zziębniętego dziadka szkodnika, stając dla kawału otworem do klienta...
Tak powstał "kawał domu" (ZiŁ)... powstał i stał jeszcze przez rok... może ponad? / tu pojawiamy się my, 'ludzie z bagien'/. Dalsze karty historii dopisze przyszłość i jeśli los będzie łaskaw opowieść nie będzie krótkim rozdziałem.

O historii wioski (nader ciekawej) napiszę jeszcze kiedyś. Poniżej wklejam kilka fotek staruszka.


 Oblicze dziadunia

 Zachodnie wrota obory. 

 Wygłaskany przez racice ceglany próg obory. 

 Klamka obory w towarzystwie wałeczkowych zygzaczków.
W jednym pokoju na piętrze przetrwały inne szlaczki (wyglądają na poniemieckie).

 Obora. 

 Nad oborą, gdzie przechowywano siano, więźba zachowała się w bardzo dobrym stanie. 


 Tu będzie kiedyś duży salon z widokiem na wielkie NIC.
Fajowo mieć takie NIC za wielkim zakratowanym oknem :)

W części mieszkalnej więźba nie wygląda już tak dobrze :(

 Brak gąsiorów zrobił swoje... woda, woda, woda...
Czekamy na przylot gąsiorów

 O szlag jaki durszlak

 Szkodnik dziadek już tu nie mieszka, mieszkają za to inne szkodniki. 
 
 Woda z dziurawego dachu...

Podłoga na pietrze jak rzeszoto. 

Wydęte brzuszyska opitej supremy.  

 Kolejny łapacz deszczu.


 
 Jego sąsiad z naprzeciwka wygląda jeszcze gorzej.

To skutki braku szkła...

Tyle zostało po stodole...

...a mogło to wyglądać dokładnie tak samo jak u brata bliźniaka z sąsiedztwa. 

Kolejny sąsiad.

5 komentarzy:

  1. o, o.o. Wiele przeszedł. Ale widzę,że trafił w troskliwe ręce - w końcu !
    co do palenia różnych przedmiotów, to ostatnio dobiła mnie wieść,że mój dawny sąsiad (jeszcze z czasów dzieciństwa) spalił ostatnio piękny kredens z połowy XIX w. (bo zima długa była), a jeszcze z dekadę temu, nagabywany, nie chciał słyszeć o sprzedaży... A gdzie mieści się Wasz staruszek?

    OdpowiedzUsuń
  2. Kyjo, Napiszę kilka słów o historii wioski, wlepię garść archiwalnych fotek... odkryję karty niebawem :)

    Kredensu szkoda... takie meble to skarb i jak widać wielopokoleniowy. Czy wyobrażasz sobie że kredens wytworzony we współczesnej fabryce ma służyć jeszcze twoim prawnukom... ja nie znam takiej fabryki :) Zresztą jest jeszcze coś... Ostatnio moja małżonka wyszperała na aukcji, zrujnowane, stare fotele klubowe... oddaliśmy je do renowacji... stolarka i tapicer. Daję słowo w tak wygodnych fotelach jeszcze nie siedziałem, na dodatek są piękne i cieszą oko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyciągnął mnie do Waszego bloga Wasz nick, który bardzo mi się podoba.
    Cieszę się, że mogę czytać o kolejnych wariatach, którzy pokochali starą chałupę.
    Zazdroszczę Wam obory. U nas stodoła w trochę lepszym stanie, bo jest więcej murów, ale mamy zamiar ją kiedyś odbudować. Życzę powodzenia i pozwolę sobie czasem do Was wpaść i zobaczyć co tam się dzieje na drugim końcu Polski.
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  4. Na drugim końcu Polski mamy wiosnę w pełni... wszystko się obudziło i nadrabia pospiesznie zaległości. My też poszliśmy tym tropem :)
    "Mało casu, kruca bomba, mało casu..."

    Za komplementa dziękujemy :) przyjmujemy wszystkie! Wszak nie co dzień wariat spotyka wariata :D
    pozdrawiamy z wzajemnością.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ech, faktycznie dzieciuch, jeszcze setki nie zaliczył, ale widać los go nie oszczędzał, bo strasznie żytciem sterany. Teraz jednak , mam nadzieję, czeka go radośniejszy los, bo piszecie o nim z wielką miłością.

    OdpowiedzUsuń